Recenzja Risen 2: The Dark Waters

Risen 2: The Dark Waters to kolejne z serii pirackie RPG od Pyranha Bytes od czasu, kiedy ci stracili prawo do robienia Gothica. Nie mniej jednak sam Risen ma wiele wspólnego z poprzedzającym go tytułem, więc można rzec, iż niedaleko pada jabłko od jabłoni. I tak grę rozpoczynamy bohaterem z pierwszej części, który na imię miał… wybaczcie, ale jakoś wypadło nam to imię z głowy.

Rozgrywkę rozpoczynamy w mieście Caldera, by później móc przenieść się do kilku innych, dużo ciekawszych lokacji. Twórcy otwarcie mówią, że na dzień dzisiejszy mają przygotowane trzy wyspy, a będzie ich z pewnością więcej. Dobrze jednak wiedzieć, że świat w Risen 2 będzie w pełni otwarty, więc nie musimy iść jak osioł za marchewką, ale możemy swobodnie poruszać się po świecie. Warto wspomnieć, że rozgrywka będzie dyktowana przez pewne społeczne normy – i tak nie będziemy mogli rzucić przed kimś broni, bo może skończyć się to trwałym uszkodzeniem ciała, nie można nam będzie wchodzić do pewnych pokoi, nie spotkamy się również z gubernatorem, jeśli postanowimy pokazać mu naszą nagą klatę.

Napotkamy się również z politycznymi poglądami, które mogą nas nieco zbulwersować i, suma summarum, wpłynąć na nasze dalsze decyzje w sprawie dostępnych dla nas questów, które, swoją drogą, mają być znacznie bardziej rozbudowane niż w części pierwszej. Pokazywana na gamescomie wersja na Xboxa 360 była jeszcze w fazie roboczej, więc nie możemy jednoznacznie stwierdzić czy faktycznie będzie mogła się graczom spodobać. Jedno jest pewne – graficznie wygląda znośnie, walka jest dość zróżnicowana, a sami twórcy zarzekają się, że wersje na Xboxa i PC będą niewiele się od siebie różniły. Dodatkowym ulepszeniem jest na pewno fakt, że podczas wykonywania questów, kiedy zabierasz coś od kogoś, faktycznie później tej rzeczy przy sobie już mieć nie będzie. Chociaż twórcy otwarcie przyznają się do tego, że nie policzyli jeszcze, ile zajmie nam przejście całej gry, ale szacują, iż przed kompem lub padem spędzimy 40 do 60 godzin. Obliczyli za to, że w Risen 2 znajdzie się około 250 tysięcy słów w dialogach. Choć ogólnie gra wygląda bardzo ciekawie, w niektórych momentach, niestety, kuleje. Dobrym przykładem mogą tu być komentarze naszej towarzyszki podczas walki – powiedzmy sobie szczerze – kobieta najmilszego głosu nie ma, brzmi jak skrzyżowanie papugi z głosem Mario, więc skrzeczy, wrzeszczy nieco bardziej piskliwym głosem i niesamowicie często się powtarza.

Dodatkowo brakuje grze jeszcze nieco dopracowanej grafiki w wersji pecetowej. I wiadomo jest, że pierwszy Risen był nieco tępiony za fatalny wygląd i dwójka miała się poprawić, ale nie wydaje nam się, żeby faktycznie dopracowali ją na tyle, żeby zachwycić najbardziej przeciętnego gracza. Dodatkowo ruchy postaci wyglądają nieco sztucznie. Jeżeli spodziewacie się również, że w grze będziecie mogli powalczyć samymi statkami – zapomnijcie. Twórcom zależało bowiem na tym, aby dogłębnie pokazać życie piratów, więc w ich skórę będziemy cały czas się wcielać, a nie w kadłub statku. Podsumowując – Risen wymaga jeszcze nieco wygryzienia małych wad, ale zapowiada się obiecująco. Warto czekać.

Need for Speed: The Run

Need for speed: The runW zeszłym roku Electronic Arts postanowiło wyodrębnić z serii Need For Speed dwie marki, tak aby czysto arcade’owe ścigałki dalej widniały pod marką Need for Speed, zaś bardziej realistyczne gry zapoczątkowane przez Shifta wydawane były po prostu pod marką Shift. Wiosną tego roku mieliśmy już Shift 2: Unleashed, teraz przyszedł czas na kolejnego przedstawiciela arcade’u czyli Need for Speed: The Run.

Po zeszłorocznym romansie twórców Burnouta i NFSa, czego efektem był bardzo wysoko oceniany przez media i doceniony przez graczy Hot Pursuit, seria wróciła w ręce BlackBox. Twórcy naprawdę słabego Undercover wzięli się tym razem do roboty i dostaliśmy naprawdę solidną produkcję. Ale czy wyróżnia się czymś spośród dziesiątek innych ścigałek?

Need for Speed: The Run opowiada historię Jacka, kolesia który ma za sobą kryminalną przeszłość, jednak ze wszelkich tarapatów ratuje go znajoma, w zamian chcąc jednego – aby Jack wziął udział w wyścigu The Run. Przejazd z zachodniego na wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, 200 zawodników i tylko jeden cel – być pierwszym. Stawka również jest wysoka, bo na zwycięzcę czeka 25 milionów dolarów, z czego dla Jacka ma być 10% więc ten bez ociągania akceptuje propozycję. I tu tak na dobrą sprawę całe tło fabularne mamy już z głowy, czas więc przejść do mięcha w postaci rozgrywki.

W skali od 1 do 1000 realizmu mamy tu coś między 0,1 a 0,3. Gra jest czystym arcadem jednak, broń boże, nie należy tego traktować jako wady. Dostajemy do naszej dyspozycji na początki kilka samochodów, z czasem odblokowując, bądź wygrywając kolejne i ruszamy przed siebie. Głównym daniem są wyścigi gdzie mamy za zadanie podskoczyć w górę o kilka pozycji klasyfikacji The Run. W ramach przerywników ścigamy się 1 na 1 z mocniejszym przeciwnikiem, zaś zaraz po tym nadrabiamy stracony czas w wyścigach od jednego punktu kontrolnego do kolejnego. Warto tu dodać, że cała trasa przejazdu z zachodniego na wschodnie wybrzeże to ponad 4000 kilometrów, my na szczęście nie jedziemy całej drogi (przy średniej prędkości jaką pokazała mi gra, czyli 203 km/h zajęłoby to ponad 20 godzin), a jedynie wybrane odcinki. Co ważne w tym przypadku, cały The Run został podzielony na 10 etapów, każdy dziejący się w innej lokacji, przez co nie nudzimy się. Bzdurą okazały się również rozpuszczane przez internautów plotki, jakoby tryb fabularny The Run można było skończyć w 2 godziny. Owszem, taka wartość pokazuje się na ekranie po zakończeniu gry, jednak jest to czas spędzony za kółkiem, po odjęciu wszystkich powtórek, tak więc jeśli przez godzinę będziemy męczyli się z 2 minutowym przejazdem ciągle przegrywając na końcu, to gra i tak doliczy nam na konto 2 minuty. Łącznie przejście trybu fabularnego to niecałe 4 i pół godziny, jednak akcja i różnorodność tego co się dzieje w pełni nam to rekompensują. Zawsze mamy jeszcze tryb wyzwań o chorym poziomie trudności oraz multiplayer oparty na znanej z 2 poprzednich gier EA Autologu.

Oprawa graficzna stoi na najwyższym poziomie i chociaż daleko Runowi do takich pozycji jak Forza 4, to wciąż jest to wysoka półka. Oprawa audio to kilkadziesiąt naprawdę fajnie dobranych kawałków przygrywających w tle, które tak na dobrą sprawę usłyszymy tylko na początku wyścigu kiedy nasz samochód jedzie wolno. Kiedy rozpocznie się piękna symfonia silnika, ze słuchania muzyki nici.

Czy Need for Speed: The Run jest grą wartą polecenia? Jeśli szukacie tylko rozgrywki dla jednego gracza to możecie być lekko zawiedzeni, gdyż wydania 200 złotych na konsolową edycję The Run nie jest wart. Jeśli zaś kochacie multi i ściganie się ze znajomymi, jak najbardziej tak. Od nas The Run otrzymuje mocne 7/10, z uwzględnieniem multi oczywiście.

Designed by: Download Free WordPress Themes